CzarnoGóra.




            Mam ponad 2000 serbskich dinarów. W pierwszym sklepie spożywczym robię zakupy. Ceny w euro i w dinarach. Potrzebuje długopis. W spożywczym niestety nie sprzedają. Starsza sprzedawczyni jest bardzo miła i otrzymuję długopis gtaris...  Nic, w pierwszym mieście muszę zmienić dinary na Euro. Mam 90 euro w banknotach, więc się nie martwię o gotówkę. Najbliższe miasto to Bijelo Polije. Kilkanaście kilometrów drogi. Dużo tu VW golfów 2 generacji. Ani w niemczech.

            Dinarów w mieście nie chcą widzieć. Żaden bank ich nie przyjmie (pytałem w trzech). Ten pieniądz tu śmierdzi poprostu. Nie lubią Serbów (ale mleko serbskie w sklepie dostanmiesz bez problemu). Jeszcze podlatuje do mnie pod bankiem dzieciak mówiąc "ein euro?" A może byś dinara chciał? W złym humorze uciekam z miasta. Zgiełk i hałas zostaje pomału za mną, bo droga idzie ostro pod górę.

            Za Mojkovacem na drodze mam dylemat. Biogradsko Jeziero. Kilka kilometrów drogą w lewo, wg mapy. Obiekt na mapie zaznaczony - że ponoć warty zobaczenia. Tylko że widzę ...górki. Podjazd nie będzie łatwy. Ale raz się żyje. Skręcam i zaczynam podjazd. Wąska droga, ale asfalt idealny. Ruchu prawie zero. Las. Zakręt za zakrętem. Jeziora nie widać. Gdzieś w połowie drogi mam dość. Za ostry podjazd, a ja mam za dużo bagażu. Spotykam po drodze gościa z Kałasznikowem na ramieniu, partyzant? Nie, leśniczy. Pociesza mnie że już niedaleko. Podjazd się kończy. Leśny parking. Kilka samochodów. Ławeczki i jeziorko. Szkali na jakieś szczyty. Coś jak nasze Morskie Oko. Tylko że otoczone lasem i brakuje wspaniałych tatr w tle. Na jednej z ławeczek się rozkładam z jedzeniem. Gdzieś z parkingu dochodzi muzyczka housowa. Basy niosą się po lesie. Jacyś miejscowi młodociani przyjechali się odprężyć. Ale fakt faktem, warto było wspiąć się rowerem na taką wysokość - 1094m n.p.m.... Ale trzeba się brać dalej.  Zjazd w dół. gdyby nie te ostre zakręty i nawroty. Cały czas hample na maksa. Hampel, zakręt, luz, hampel, zakręt, luz...

            Czeka mnie jeszcze jeden podjazd na 1045 metrów. Ostro, tak mówi mi mapa. Więc jadę cały czas na Podgorice. Jak dobrze pójdzie to jutro tam zajazdę. Im bliżej przełęczy, tym bardziej się martwię. Cały czas lekko pod górę. Czyli przed przełęczą będzie naprawdę ciężko. Wjeżdżam w mały tunel. Za tunelem stoję w korku. Jakiś remont drogi. Chyba się kiedyś jezdnia osunęła. Bo z jedenej strony przepaśc, z drugiej lesisty stok. Więc ruszam pomału z innymi pojazdami. Camel Trophy po ubitej ziemi, doliny, koleiny, kamienie i piasek. Pomału. Robotnicy pracujący przy drodze oraz kierowcy tirów pozdrawiają ;-) Kilkaset metrów i docieram na asfalt. Kawałek dalej mam przełęcz. Nie było więc po drodze większego ostrego podjazdu. Za to rozpoczął się zjazd. Wiele zjazdów w swym życiu miałem, ale ten był najpiękniejszy. Dlaczego? urok tamtego miejsca polega na tym, że jedzie się "płaskowyżem" który nagle się kończy, urywa. Przepaść, góry i zjazd. Więc w dół. Droga wręcz miejscami przyklejona do skał. Czasami nie ma barierek betonowych. Jakiś zbłąkany kamień na drodze, awaria hamulców lub coś nieoczekiwanego ...i lecę w przepaść ;-) Nic się takiego nie stało. zaczynają się tunele. Którkie, od 20 do 100 metrowych. Oczywiście w śrokku ciemno i dziur w jezdni nie widać. Część zrobiona bez betonu, wydrążone w skale. Udaje mi się wyprzedzić dwa tiry które zjeźdzały ślimacznym tempem z uwagi na ostry spadek jezdni. Piękny zjazd. Łzy w oczach...

            Problem z noclegiem. Stok z jednej strony, przepaść z drugiej. Droga aż wjechała w wąwóz. Zero płaskiego lasu. Wszytsko pod łąki. Co za kraj. Monastyr w Moracej muszę minąć. Jadę dalej, może jakieś ustronne miejsce na nocleg znajdę. Nic. Coraz gorzej. Wąwóz się podnosi. Jadę pomału wypatrując miejsca. I wtedy jakiś gościu na mnie coś krzyczy z pola obok. Macha, pozdrawia. oczywiscie. Też coś krzycze niezrozumiałego i macham ręką. Za chwilę robię nawrót na drodze i wracam. Może zgodzi się przenocować mnie w ogrodzie? Dragosław (tak wyszło że ma na imię) się zgadza. Zwiózł tylko siano Zaporożcem pod dom opodal i zaczęliśmy opowieści. Jego małżonka zrobiła kolacje. Rozmawialiśmy do nocy. Gwiazdy, góry, droga i tiry pnące się pomału pod górę...  Udało się. Nocleg mam u dobrych ludzi. Ludzie biedni, ale tok to jest chyba zawsze, że biedny cie najlepiej ugości. Namiotu nie udało mi się rozbić. Dragosław zaproponował mi coś lepszego - poddasze. Piękny dzień dziś był...

Trasa:  ? - Bijelo Polije - Kolasin - Djurdjevina.
Dystans: 120 km.
Total: 1358 km.

Dzień 14.

            Mgły. Z rana osiadły w wąwozie. Żegnam się z rodziną Dragosława. I na rower. Oczywiście muszę się wrócić bo zapomniałem na stole mapy. Dalej mam zjazd. Wąwóz sie kurczy. Strome skaliste brzegi. Droga i rzeka. Miejscami remonty. Zabrali się za stawianie barierek betonowych. Ciekawi mnie ile tu już samochodów wpadło w przepaści... Oczywiście tunele jeszcze są. Jeszcze jak ma z 50 metrów, to sielanka, widać koniec, w miarę jasno. Przy 200 metrowych załanczam światła. Ale zasadniczo nic nie dają mi. Chyba tylko tyle że jestem widoczny w tunelu dla kierowców. Dobrze że koniec tunelu widać, i się jedzie prosto, po dziurach...

            I pojawił się na mojej drodze jeden tunel. Patrzę na tabliczkę przed tunelem - 920 metrów.

Końca nie widać, bo w środku zakręty. Staję na poboczu. Trzeba to przejechać w końcu. Latarka z plecaka do ręki. I w tunel! Przejeżdzam z 50 metrów i ...zawracam. Nie da się jechać. Za ciemno. Światła rowerowe są za słabe, dynamo daje za mało prądu. A latarka ma defekt - działa z przerwami bo coś w niej nie łączy. Siędzę przed tunelem z 15 minut. Nie ma innej drogi. A ten tunel to śmierć. Ale w końcu prubuje raz jeszcze. Ruszam za jakąś ciężarówką. Oddala się odemnie, coraz ciemniej. Jadę po jakiś dziurach. I w końcu staje w tunelu. Obracam się, widzę wjazd. Może z 300 metrów przejechałem. Jadę dalej. Widzę jakieś światło z lewej strony tunelu. To skrzyżowanie ...w tunelu. Bez wachania skręcam. Zjeżdzam z asfaltu. Koła idą po piasku i kamieniach. Chwilę później wyjeżdzam na światło dzienne. Co to za rozgałęzienie w tunelu? To poprostu nowa odnoga tunelu. Kiedyś były tu dwa tunele (kawałek drogi biegł cudnie nad przepaścią), ale wybudowali w końcu jeden dłuższy. Jadę więc nieczynną drogą nad urwiskiem. Rzeka huczy w dole. Na starym asfalcie pełno okruchów skalnych. Wjeźdzam w tunel, i w tunelu włączam się do opuszczonego wcześniej tunelu. Ale koniec już widać... Udało się!

Wąwóz się rozszerza. Tunele się kończą. W sumie coś około 20stu ich było. Oczywiście moja mapa nie wspominała ani o jednym...

Gdzieś 20 kilometrów przed Podgoricą docieram do "korka". Samochody stoją jeden za drugim. Ja oczywiście nic sobie nie robię z tego i wszytskich wymijam. Po kilometrze docieram do zapory ustawionej przez Policje. Jacyś ludzie wykłócają się, bo chcą jechać. Mnie rowerzystę, też nie przepuszczają. Wracam z 10 samochodów do tyłu. Rower opieram o ciężarowego mercedesa i siadam pod zderzakiem w cieniu. Zagaduje do kierowcy. Jemu też się śpieszy, ale nikt nie jedzie bo nie wolno. Całość czekania trwała ...3 godziny. Jako że stałem prawie na początku, miałem tą przyjemność obserwowania reakcji ludzkich w upale. Co chwilę w kierunku policji szły wyzwiska. Ludzie się kłucili. Ale nikt nie jechał. Gdzieś dalej robili coś z drogą, co kilkanaście minut w srtonę remontu targał ciężki sprzęt budowlany. Casami jakaś wypasiona fura próbowała się przecisnąć. Policja zawracała wszystko. Oczywiście nikt sie nie chcciał z szanownych bogaczy wracać na koniec, więc stali na przeciwległym pasie ruchu. Zostawił jakiś gość nówke BMW i gdzieś polazł. A z tyłu przyjechał Kamaz z materiałem na budowę. Nie miał klaksonu więc się darł po ludziach aby usuneli to BMW. Ja się śmieje, a tam prawie do rękoczynów dochodziło...

            W końcu puszczono ruch. Wystartowałem jako jeden z pierwszych w kolumnie motocyklistów z niemiec (harleye, goldwingi, translapy...) i ja między nimi. Remont drogi na odcinku 2 km może. Poprostu rzeka zabrała drogę i trzeba było usypać nową. Pył i kurz. Docieram na asfalt. Jadę, samochody mnie wyprzedzają. Z drugiej strony ludziska stoją w takim samym korku. Co jakiś czas jasyś ludzie mnie dopingują, ani jak na jakimś wyścigu kolarskim...

            Przed Podgoricą robię przerwę w lasku. Pełno śmieci. Dużo czasu dziś straciłem. Decyzja. Może uda się dziś dojechać do Budwy nad Adriatyk. Więc nie zajmuję się miastem. Ruszam drogą da Cetinje. Według mapy droga nie najłatwiejsza, bo pod górę. Ale za to zjazd nad Adriatyk powinien być piękny... I zaczął się podjazd. Bardzo męczączy. Ostry. W dodatku jezdnia super jakości zachęcała miejscowych do szarżowania. Ale widoki piękne. Suche wzniesienia, w dole zalew Szkoderski i góry w tle... Podjazd się skończył gdzieś przed Cetnije. Klimat jakoś też. Chłodniej, więcej drzew, górki stromsze.  Krótki zjazd i znowu pedałowanie pod górę. Zdaję sobię sprawę, że dzisiaj nad adriatyk nie dojadę. Więc skręcam gdzieś w boczną drogę, znajduję lasek, rozbijam namiot i koniec na dziś....

Trasa: Djurdjevina - Podgorica - Cetinje - ?
Dystans: 90 km.
Total: 1448 km.

Dzień 15.

             Z samego rana czeka mnie podjazd. Wiem że za tymi górami jest już Adriatyk. Za każdym zakrętem wypatruje morza. Ale tam czeka kolejny zakręt i lekki podjazd. W końcu droga się prostuje i za zakrętem w oddali, za wzniesieniami, widać morze. Czeka mnie teraz tylko zjazd. Zakręt za zakrętem. Docieram do "końca gór" - pasma górskie się kończą i stromo opadają do morza:

Jestem może z 900 metrów n.p.m. W dole widać miasta i mieściny turystyczne - Budwe itd. Pamiątkowe fotli tego pięknego miejcsa. Góry i błękit adriaryku. Siadam na rower pełen szczęścia. Bowiem udało mi się dojechać na tym starym rowerze tak daleko. 15 dni pedałowania i zobaczyłem adriatyk. Serpentyny. Nawroty o 360 stopni. Hamuje non stop,  gdy puszczę je na chwilę rower w momencie rozpędza się do 50 km\h. Gdyby tak urwały się linki to pewnie śmierć na miejscu. Po drodze napotykam jeszcze stadko ...krów, stojących na drodze. Nigdzie nie szły, stały i podziwiały samochody które je wymijały. Wymijam je i ja.

             Budwa. Docieram do dużego, głośnego kurortu. Na bulwarach pełno wypasionych fur. Palmy. Kupa turystów. Zapytuje w informacji turystycznej o kemping, jest w wiosce daljej. ...oczywiście Dinarów Serbskich nikt nie chce widzieć, ten pieniądz tutaj też jeszcze śmierdzi...

             Jadę do Becici, znajduję kemping (właściwie to już dziś nieopodal przejeżdżałem, ale go nie zauważułem). Nie pamiętam ile zapłaciłem. Napewno tanio w porównaniu do cen europy zachodniej. Kemping sprawiał wrażenie spadku po socjaliźmie. Niewielki. W centum wiochy. Dookoła rozrastające się ośrodki wypoczynkowe, a tu park stary. Wszystko stare, ale funkcjonujące toalety etc. Jakieś dziwne stare drzewa tam rosły - wydzielając z owoców lepką maź - i namiot trzeba było czyścić. Ludu na kempingu mało, pewnie odstraszał ich widok wywtóconej starej lodówki w centralnej części kempingu...

             Zostawiam graty na kempingu i tyko z plecakiem uderzam na plażę. I na 1481 kilometrze rower wbija się w piasek adriatyckiej plaży. Zabieram się na Budwę.  Błąkam się po zabytkowej starej częsci miasta, porcie. Tak samo błąkają się inni turyści. Za 1E wchodzę do muzeum morskiego (dawny fort morski?).  Fajne eksponaty statków upchanych w butelki. Robię wpis w księdze pamiątkowej. Są wpisy polskie, ale tylko jakiś wczasowiczów... Za 1E przesiaduje w kafeji internetowej 30 minut. Chcę jeszcze kupić chleb - ale w piekarni nie ma chleba, bo w nocy nie było wody, i nie mogli pracować... CzarnoGóra...

Trasa: ? - Budva - Becici.
Dystans: 44 km.
Total: 1492 km.

Dzień 16.

             Z kempingu wyruszam dość późno, około 10 rano. Dziś lub jutro dojadę do Albanii, więc w sklepie kupuję kilka konserw więcej (7E, ceny nadmorskie mnie rozbrajają!). Nadmorska droga E-851 jest ładna pod względem krajobrazowym, lecz dość męcząca. Podjazdy i zjazdy. I tak w kółko. Nerwicy można dostać. Po drodze zwiedzam jeszcze Stary Bar. Dojazd ciężki bo pod górę, cena 1E, ale ruiny miasta dość duże.

             Dalej na południe. Dwa tunele (298m i 305m), oczywiście ciemne. W Ulcnij kończy się szeroka jezdnia. Na Krutae. Wracam więc na północ, wybrałem drogę dłuższą o kilkanaście kilometrów, ale ominąłem pasmo górskie. Zbliża się wieczór. Do granicy albańskiej z 10 kilometrów. Chyba jadę w dobrą stronę, widzę kilka mercedesów na albańskich blachach. W jakiejś wiosce skręcam w boczną drogę do jakiś ruin i parku krajobrazowego. Wioska się kończy. Ja wypatruję miejsca do spania. Ale nie ma lasu, tylko jakieś chaszczo-krzewy. Jadę dalej. Pojawiają się pola i ...ruiny na wzniesieniu. Już wiem gdzie chcę dziś nocować! W stronę ruin biegnie polna droga. Pod górę, ale da się jechać. Docieram drogą tą na jakieś boisko. Zostawiam rower i dalej w stronę ruin idę pieszo. Ruiny okazały się być ścianami dawnego kościoła, zostały tylko ściany. Jeszcze idę dalej, docieram do ruin może jakiegoś zamku. Ale niewiele zostało po nim. Zachodzi słońce. Z jednej strony wzgórza jakieś bagna, pola, w głębi góry. Z drugiej strony w dole wiocha jakaś. Wracam na me boisko. Słońce już zaszło. Rozbijam namiot i robię kolację, na szczęscie nikomu nie przyszło do głowy grać w piłke w nocy...

Trasa: Becici - Stari Bar - Ulcinj - Kruta - ?
Dystans: 92 km.
Total: 1585 km.

Dzień 17.

 Do granicy nie mam daleko. Droga kręta, ale płaskie odcinki. Pola uprawne. Nie ma tablic informacyjnych, więc nie wiem gdzie jadę. Pytam ludzi. Ponoć jadę dobrze. W końcu docieram do granicy. Małe przejście. Odprawa po stronie CzarnoGóry - ok. Kawałek dalej się zaczyna. Albania - zmierz się z nieznanym...
 
 

 >>Serbia      >> Powrót      >>Albania